Plus Minus

Na akt łaski nie zasługuje
24.05.2003, JM
TAK BYŁO * KARA ŚMIERCI DLA ZDZISŁAWA NAJDERA

Na akt łaski nie zasługuje

Spotkanie w RWE, luty 1984 r.: (od lewej) Alain Besancon, Francois Bondy, Timothy Garton Ash, Theo Pisker, Zdzisław Najder

(c) ARCHIWUM RODZINNE

Dwadzieścia lat temu sąd wojskowy w Warszawie skazał w tajnym procesie na karę śmierci Zdzisława Najdera, wówczas dyrektora polskiej sekcji Radia Wolna Europa. W Monachium państwo Najderowie podejmowali właśnie na kolacji Jana de Weydenthala, gdy zadzwonił ktoś z rozgłośni z informacją o wyroku. Weydenthal pobiegł po szampana. Zatelefonował ksiądz Franciszek Blachnicki z pozdrowieniem: - Witam w klubie niedoszłych wisielców.

Mimo dość żartobliwego potraktowania wyroku przez otoczenie skazańca był to sygnał, że władze PRL zaostrzają kurs, by zastraszyć społeczeństwo. Od czasów stalinowskich nie praktykowano skazania nieobecnego w kraju przeciwnika politycznego na karę śmierci. Wyrok pozornie tylko był zaoczny.

Najderom zabroniono wychodzenia z domu, dyrektor jeździł do pracy z ochroną. Podobno wywiad (USA? Niemcy?) podsłuchał w Szwajcarii rozmowę, że polskie służby przygotowują się do likwidacji lub porwania skazanego. Władze niemieckie przekazały władzom PRL sygnał, że uznałyby to za akt nieprzyjazny.

Czy były to obawy na wyrost? Rok później z rąk oficerów SB zginął ksiądz Jerzy Popiełuszko. Już z pominięciem sądu.

Pułkownik Władysław Monarcha, przewodniczący składu sądu wojskowego, który skazał Zdzisława Najdera na karę śmierci, figuruje dziś w książce telefonicznej Szczecina jako magister prawa. Pytany, co sądzi o sprawie Zdzisława Najdera sprzed dwudziestu lat, odpowiada: - To samo, co wtedy. Trzask odkładanej słuchawki. Ponowne namawianie Monarchy, byłego wieloletniego prezesa Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego, kończy się tym samym. Towarzyszący mu na procesie sędzia pułkownik Henryk Urbanowicz nie żyje od kilku lat.

Emerytowany pułkownik Stefan Kolasa, ławnik w procesie Najdera, wspomina dyskusję składu sędziowskiego nad ustaleniem wyroku; dwóch sędziów zawodowych (Monarcha i Urbanowicz) i trzech ławników pułkowników z wojska (m.in. Kolasa). - Dwaj sędziowie zawodowi przekonywali nas do kary śmierci dla Najdera. Ja z którymś ławnikiem oponowałem przeciwko temu. Ale sędzia Monarcha przytłoczył nas argumentami - utrzymuje pułkownik Kolasa.

Oskarżający Najdera prokurator podpułkownik W.M. (inicjały są ceną za zgodę na rozmowę) pracuje jako prawnik w instytucji chroniącej obywateli. Przed laty odszedł z wojska w stopniu pułkownika, bo ciągnęło się za nim, że doprowadził do kary śmierci dla Najdera.

- Jestem największym przegranym w sprawie Najdera. Byłem głupi, bo myślałem, że - zgadzając się na oskarżanie szpiega - uniknę udziału w procesie politycznym - mówi W.M.

Zdzisław Najder (1930 r.), pisarz, krytyk literacki. W 1957 r. nawiązał kontakt z polskimi środowiskami emigracyjnymi w Paryżu i Londynie. Na początku 1958 r. wyraził zgodę na kontakty z SB, mając zamiar dezinformowania jej i ostrzegania znajomych, że są śledzeni. W 1959 r. zwolniony na polecenie MSW z pracy na Uniwersytecie Warszawskim.

W 1975 r. ogłosił w "Kulturze" pod pseudonimem artykuł "O potrzebie programu" - apel do emigracji o sformułowanie przez nią programu niepodległościowego. Podpisał w 1976 r. "List 101" przeciw projektowanym zmianom w Konstytucji PRL. W tym samym roku założył, wraz z Janem Józefem Szczepańskim, Janem Olszewskim, Janem Zarańskim i Wojciechem Karpińskim, Polskie Porozumienie Niepodległościowe. PPN wydało 50 publikacji. Od 1977 r. był śledzony i nękany przez SB. Stan wojenny, a także wiadomość o wszczęciu śledztwa w sprawie PPN zastała go za granicą. W 1982 r. otrzymał azyl polityczny. W tymże roku objął stanowisko dyrektora Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. W 1983 r. Sąd Wojskowy w Warszawie skazał go zaocznie na karę śmierci za szpiegostwo. Został pozbawiony obywatelstwa polskiego. Po pięciu latach pracy w RWE przeniósł się do Francji. Publikował w podziemnej prasie krajowej i paryskim "Kontakcie". W 1990 r. powrócił do Polski.

Zawijas z MSW uruchamia śledztwo

Z akt procesu Zdzisława Najdera wynika, że ton śledztwu nadawało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Na wiosnę 1982 roku MSW wystąpiło do Naczelnej Prokuratury Wojskowej o podjęcie śledztwa "dotyczącego działalności przestępczej Najdera, na szkodę interesów politycznych PRL". Jako współorganizatora nielegalnego związku Polskie Porozumienie Niepodległościowe i wrogiej działalność na stanowisku szefa sekcji polskiej RWE. Na dokumencie do prokuratury podpisał się jakimś zawijasem ktoś ważny, o niewymienionej funkcji w MSW. Ten zawijas musiał być dobrze znany, bo śledztwo ruszyło natychmiast.

Prokuratora W.M. pracującego w Wydziale Analiz Naczelnej Prokuratury Wojskowej w stanie wojennym wraz z innymi przydzielono do Wydziału V, specjalnego. Był tam nawał spraw do prowadzenia. W.M. zaproponowano oskarżenie działaczy "Solidarności" z dekretu o stanie wojennym. Tylko nie to - wymigiwał się. To weźmiesz sprawę o szpiegostwo - zadecydował jeden z szefów.

- Nie za bardzo wiedziałem wtedy, kto to jest Zdzisław Najder. A poza tym myślałem, że pod nieobecność oskarżonego odbędzie się nad nim sąd na niby - mówi W.M.

Śledztwo na zlecenie prokuratury wojskowej poprowadziło MSW. Wyznaczono do tego porucznika magistra Andrzeja Kędzię, inspektora z Biura Śledczego MSW. Porucznik Kędzia już po dwóch tygodniach śledztwa w domku letniskowym Zdzisława Najdera w Czarnym Bryńsku pod Brodnicą odkrył dowody szpiegowskiej działalności dyrektora RWE. Ujawnił kopertę "o cechach wywiadowczych". A w niej list z informacjami, że przekazuje się 1500 dolarów jako wyraz uznania za działalność oraz że likwiduje się punkt (zapewne kontaktowy) "sosna". W piwnicy funkcjonariusze MSW natrafili na pojemnik z tworzywa, który imitował kamień.

Ktoś ważny z MSW podpisujący się zawijasem wyjaśnił prokuraturze, co znaleziska w domku letniskowym podejrzanego oznaczają: "Zakwestionowany pojemnik przeznaczony do przekazywania materiałów szpiegowskich, a także maszynopis wskazujący na powiązania Najdera z ambasadą amerykańską i dowodzący, że od tej placówki otrzymał kwotę 1500 dolarów. Z ustaleń wynika, że Najder utrzymywał rozległe kontakty z pracownikami ambasady USA, kadrowymi pracownikami CIA".

W Zakładzie Kryminalistyki KGMO eksperci ustalili, że list znaleziony w domku Najdera napisany został na papierze, w którym pod wpływem wody "następuje rozluźnienie masy włóknistej, a teksty na nim stają się nieczytelne". Jest to papier specjalny do szybkiego zniszczenia. Eksperci MO pochylili się też nad kamieniem: "Obiekt badań to trzy kawałki tworzywa po złożeniu przypominające kamień. Tworzywo ÇkamieniaČ podobne jest do składu chemicznego pojemnika używanego przez Leszka Chrósta" (wcześniej skazanego za szpiegostwo). Kolejny ekspert w randze majora milicji odkrył, że adres na kopercie i nazwisko Najder zostały "nakreślone przez tę samą osobę, która nakreśliła materiał rękopiśmiennie zidentyfikowany w ramach ekspertyz Chrósta i Stanisława Dębowskiego" (skazanego również za szpiegostwo).

- Najder nie zniszczył dowodów swego rzekomego szpiegostwa, a do tego pasowały one jak ulał do innych spraw o szpiegostwo. No i ta sama ręka, która adresowała listy do Najdera i do innych szpiegów. Czy pana wówczas nie zastanawiał ten niesamowity zbieg okoliczności?

- Przez tyle lat się zastanawiam, czy dowody do domku pana Najdera mogły zostać podrzucone. Mogło tak być, że jedna ekipa SB wcześniej przywiozła do domku imitacje szpiegowskiego kamienia, a druga to odkryła - mówi były prokurator W.M.

- Ale wtedy, w trakcie procesu, nie miał pan wątpliwości?

- To fakt, dowody szpiegostwa były słabe. Uparłbym się, żeby sprawę umorzyć. Tylko jak udowodniłbym, że kamień i list podrzucono? - pyta W.M.

Twierdzi, że proponował swoim szefom zawieszenie sprawy Najdera. Nie chcieli o tym słyszeć. Na piśmie o to nie występował.

Resort wprowadza do gry Flaka

Resort (spraw wewnętrznych), zdając sobie sprawę z miałkości dowodów na szpiegostwo Najdera, dorzucał nowe "fakty". Janusz Nasiadek z MSW zajmował się kontrolą pracowników Ambasady USA. Zajęcie Nasiadka m.in. polegało na przesiadywaniu w samochodzie przed ambasadą i fotografowaniu z ukrycia wszystkich, którzy wchodzili i wychodzili z wrogiej placówki. 6 października 1978 roku - odnotował Nasiadek - wszedł o 15.05 Zdzisław Najder. Pięćdziesiąt minut później, gdy opuszczał ambasadę, funkcjonariusz pstryknął zdjęcie: uchwycił Najdera w rozpiętym jasnym płaszczu, z parasolką w ręku.

Rakowiecka popędzała prokuraturę. W styczniu 1983 roku dyrektor gabinetu ministra Czesława Kiszczaka pułkownik Chomętowski w tajnym piśmie do pułkownika Klisia, szefa Oddziału V Naczelnej Prokuratury Wojskowej, podnosił wagę podejrzanego: "Najder jako szef RWE znalazł się na stanowisku nieprzerwanie obsadzanym przez kadrowych pracowników CIA. Z posiadanych informacji wynika, że awans Najdera jest nagrodą za poprzednią służbę dla CIA". Chomętowski też zauważył: "Na podstawie analizy nasłuchów RWE można dojść do wniosku, że kierując rozgłośnią Najder usiłował wywołać w Polsce niepokoje i zamieszki, mogące doprowadzić do obalenia ustroju PRL".

Prokurator W.M. z braku wolnych maszynistek w prokuraturze akt oskarżenia przepisywał w Biurze Śledczym MSW. Byle było szybciej. (Tak dziś twierdzi).

- Jeden z szefów biura, major Jerzy Karpacz, namawiał mnie, aby Najdera nie oskarżać o szpiegostwo, ale o usiłowanie dokonania zamachu stanu - mówi W.M. - Nie przystałem na to.

Dzień przed rozpoczęciem rozprawy w maju 1983 roku naczelnik Wydziału III Biura Śledczego MSW major Jerzy Karpacz przesłał prokuraturze notatkę służbową pułkownika Sylwestra Flaka. Flak może być przesłuchany - kończył Karpacz. W notatce pułkownik Flak donosił, iż ze źródeł wywiadowczych uzyskał potwierdzenie informacji, że "Najder na zlecenie CIA w okresie od 29 listopada do 12 grudnia 1982 roku przebywał w USA. Uczestniczył w spotkaniu, któremu przewodniczył Gleen Ferguson, kadrowy pracownik CIA. Najder otrzymał na tym spotkaniu nowe instrukcje z CIA. Najder odbył również specjalne przeszkolenie wywiadowcze".

Na rozkaz przełożonego

Dla resortu wykorzystanie wiedzy Flaka okazało się ryzykowne. Oto przesłuchany w pierwszym dniu procesu Najdera pułkownik Flak zeznał, że na początku 1983 roku otrzymał od przełożonych polecenie podjęcia próby ustalenia powiązań Najdera z CIA. "Zostały wdrożone czynności operacyjne" - dodał. Czyli MSW bardzo późno zaczęło ustalać powiązania podejrzanego z obcym wywiadem. Flak na rozprawie pozwolił sobie na uszczypliwą uwagę kompromitującą MSW: "Nie umiem powiedzieć, dlaczego wcześniej działalność Najdera uszła uwagi resortu".

Na szczęście na pustej sali odbywającego się w trybie tajnym procesu na widowni siedziało tylko czterech funkcjonariuszy MSW skierowanych w celach szkoleniowych: pułkownik Hubert Połeć, major Ryszard Sosiński, major Tadeusz Dreksel i podporucznik Konrad Dubelski. Nie posłuchali zresztą wiele, bo oprócz Flaka zeznawało jeszcze dwóch ich kolegów z resortu. Porucznik Andrzej Kędzia, prowadzący śledztwo przeciwko Najderowi, i podpułkownik Andrzej Dudziński z pionu kontrwywiadu MSW.

W aktach sprawy Najdera znajduje się kilkadziesiąt protokołów przesłuchań osób takich, jak m.in.: Tadeusz Mazowiecki, Jan Strzelecki, Andrzej Kijowski, Jerzy Jedlicki, Michał Komar, Paweł Śpiewak, Aleksander Wirpsza, Andrzej Szczypiorski, Krzysztof Śliwiński, Krzysztof Kozłowski i Paweł Hertz. Oficerowie SB pytali ich o Polskie Porozumienie Niepodległościowe. Zadawali otwarcie wszystkim pytanie, co im wiadomo o szpiegowskiej działalności Zdzisława Najdera. I otrzymywali odpowiedzi, że nic. Sąd wojskowy nie uznał za konieczne powołania na rozprawę tych świadków.

Prokurator W.M. wniósł o wymierzenie oskarżonemu kary śmierci.

- Żądając wtedy kary śmierci, wykonywałem rozkaz przełożonego - mówi dziś W.M. Pokazuje kserokopię akt nadzoru nad śledztwem. W rubryce wniosek oskarżyciela napisał, że wniesie o karę piętnastu lat pozbawienia wolności. Jego szef pułkownik Kliś polecił (w rubryce stanowisko przełożonego prokuratora w sprawie wniosku oskarżyciela) "wnieść o wymierzenie kary śmierci".

Obrońca z urzędu, były prokurator wojskowy Józef Złoch, poprosił o sprawiedliwy wyrok. Później nawet nie wystąpił o rewizję. Po 1989 roku za postawę w rozprawie, w której nie zabrał głosu i nie bronił oskarżonego, otrzymał upomnienie od rady adwokackiej.

Sąd skazał Zdzisława Najdera na karę śmierci. Wydał także opinię, że Najder na akt łaski nie zasługuje, bo "społeczne niebezpieczeństwo czynu jest szczególnie wysokie, a skutki czynu wprost nieobliczalne". Ówczesny prokurator generalny Franciszek Rusek i generał Józef Szewczyk, zastępca prokuratora generalnego i naczelny prokurator wojskowy, również poprosili o niestosowanie prawa łaski. Henryk Jabłoński, przewodniczący Rady Państwa, nie skorzystał z prawa łaski.

8 stycznia 1990 roku Naczelna Prokuratura Wojskowa umorzyła ponowne śledztwo dotyczące Zdzisława Najdera wobec niepopełnienia przestępstwa.

Sędziowie zawodowi kontra ławnicy

Były prokurator W.M. twierdzi, że natrafiał w wojskowej prokuraturze na mur. Szefowie chcieli wyroku śmierci dla Najdera. Czuł więc, że jego ewentualny sprzeciw na nic się zda.

- Nie mogłem nagle wstać na sali rozpraw i poprosić o uniewinnienie pana Najdera. Występowałem w imieniu naczelnego prokuratora wojskowego - tłumaczy W.M.

Czy wtedy przez moment pomyślał o zaprotestowaniu? Milczy. Po chwili dodaje: - Miałem małe dzieci.

Proces przeciwko Najderowi toczył się w trybie postępowania dla nieobecnego. Oznaczało to, że w momencie zatrzymania skazanego nawet wyrok śmierci tracił moc. Na wniosek sądu wyznaczano nową rozprawę już z udziałem podejrzanego. W.M. uważa, że to rodziło przeświadczenie, iż bez oskarżonego odbywa się proces na niby.

Ławnik pułkownik Stefan Kolasa, wówczas z dowództwa Warszawskiego Okręgu Wojskowego (pozostali to pułkownik Jerzy Dzierżak z Wojskowej Akademii Politycznej i pułkownik Zdzisław Orybkiewicz ze Sztabu Generalnego), podziela opinię, że brak oskarżonego na sali osłabiał sam proces. Podpisał się jednak pod wyrokiem śmierci dla Najdera i bardzo to przeżył.

- Miałem podobnie ciężkie chwile, gdy w 1970 roku jako dowódca pułku uchyliłem się od rozkazu zablokowania FSO, aby powstrzymać ewentualną demonstrację robotników. Później przyjechał jeden ze zwierzchników i powiedział: gdyby się nie zmienił Gomułka na Gierka, obydwaj wisielibyśmy na drzewie.

Pułkownik Kolasa jako ławnik w składzie sędziowskim uczestniczył w procesie Jerzego Pawłowskiego. Wtedy zaprotestował przeciwko karze śmierci. Wyznaczono go jako ławnika w procesie pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Odmówił udziału, bo wiedział, do czego wszystko zmierza. Poza tym znał osobiście Kuklińskiego.

- O wyroku na Najdera dyskutowaliśmy w pokoju sędziowskim - wspomina pułkownik Kolasa. - W piątkę. Trzech ławników i dwóch sędziów zawodowych. Ja z drugim ławnikiem nie chcieliśmy przystać na karę śmierci. Wówczas sędziowie Monarcha i Urbanowicz powiedzieli, że Najder to współpracownik SB, że zdradził i został za granicą. A tam są nasi ludzie teraz przez niego śmiertelnie zagrożeni. Ulegliśmy. Monarcha i Urbanowicz byli pod wpływem SB. Teraz to wiem.

Były prokurator W.M. zastanawia się, dlaczego zgodził się na rozmowę. Mówi głośno, że mógł odmówić. Rozmawiamy w kawiarni. W.M. podnosi się od stolika i przynosi kieliszek koniaku. Wypija.

- Ta rozmowa jest mi potrzebna. Nie znalazłem wtedy tyle cywilnej odwagi, żeby się postawić. -

JERZY MORAWSKI

Na podstawie noty w książce "Opozycja w PRL. Słownik biograficzny 1956 - 1989"

Aby odczytać cały artykuł prosimy wykupić dostęp bądź zalogować się.
Uwaga Od 20 kwietnia ulegają zmianie zasady dostępu do Serwisów „Rzeczpospolitej” przez sms. Wejdź sprawdzić na www.rp.pl/dostepsms